wtorek, 5 sierpnia 2014

2. HUSQVARNA-VIKING E20


Plusy:

- cicha (ale i tak za mało jak na moje marzenia), nie wali przy dużej prędkości
- automatyczny nawlekacz igły :> No boski wynalazek



- obcinaczka do nici na obudowie – można zapomnieć o nożyczkach ;)
- szyje bardzo grube rzeczy bez większych problemów
- automat do dziurek. Jednak staje się ogromnym minusem kiedy się ma polar, lub nierówną tkaninę ze szwami, czy innymi takimi. W takim przypadku półautomat sprawdziłby się dużo lepiej, bo by się cisnęło póki dziurka by nie wyszła. A tak jak coś się zablokuje – czeka cię bardzo miłe i długie prucie…
- ponoć 32 ściegi i 70 funkcji szyjących cokolwiek to znaczy ;)


- ściegi overlockowe – taka tam namiastka prawdziwego, ale coś jest ;)
- ustawianie szerokości ściegu 0-5 mm połączone z ustawianiem pozycji igły przy ściegu prostym – bardzo fajne, żeby równo ostebnować w dziwnych miejscach, a ja jak wiadomo stebnować lubię ;)


- sympatyczne mocowanie stopki, ale stopki od mojego Łucznika nie pasują :( Pasują za to te od Janome. Szykuję się do zakupu kolejnych, ale to majątek kosztuje… Na początku ciężko się było przestawić z kształtu starej stopki na coś kompletnie innego, ale już jest dobrze :) Ale płytka trochę kiepska...


- wolne ramię – okazuje się, że nie wszystkie maszyny posiadają, więc można sobie chwalić :)
- strzałki „tu nawlekaj głupku” ;)


- opuszczane ząbki – dla mnie nowość, pikować nie lubiuę, nie wiem czy się przyda ;)



Minusy:

- brak stolika powiększającego pole pracy. Jest tylko pudełeczko na przydasie, ale na przydasie niepraktyczne całkiem, bo hałasują podczas szycia. No i generalnie  wolne ramię jest zaokrąglone w taki sposób, że jakby sobie człowiek sam chciał stolik zrobić, to troszkę dziwnie będzie… Muszę pamiętać, żeby do tematu stolika z jakimś majsterkowiczem powrócić...




- nie ma walizki w komplecie – jak na mój gust towar niezbędny, w produkcji wielkich firm zapewne bardzo tanio by wyszło, ale po co się wysilać? Może być przecież „gratisem” do drogich modeli… A tak by sobie można podnieś jakość niewielkim kosztem, szkoda, że firmy nie myślą…
- chwytacz wahadłowy – po rotacyjnym w Łuczniku jestem wielce nieszczęśliwa. Zauważyłam, że nowe maszyny z rotacyjnymi to już dość droga sprawa. Dziwne, że stary zabytek ma, a nówki sztuki nie…


- żarówka zapala się razem z włączeniem maszyny – przy dziennym świetle całkiem zbędne, przy wieczornym i tak się muszę doświetlać lampką. To po co ten przymus? Żeby więcej na żarówki wydać?
- jakoś tak się wtyczka zasilająca rusza... W Łuczniku prawie można było maszynę na kablu wieszać ;)


- igła luźna, w Łuczniku prędzej się ją złamało, niż materiał zmienił pozycję, a tutaj cuda na kiju… Ale idzie się nauczyć, żeby „delikatnie” ;)
- jakaś lekka - 6,5 kg – nie mam super miejsca na szycie, zazwyczaj biurko i jak szyję szybciej to mi skacze ;)
- krótki trzpień na szpuli – nie ma też czym szpulki zablokować i przy nawijaniu bobinka (jak to się po polsku nazywa? Zapomniałam ;) szpulka potrafi wyskoczyć jak się człowiek rozbuja ;)


- dźwigania do automatu dziurkowego jest podejrzana. Wychodzi kawałek, a potem trzeba na chama w dół. Przy czym potrafi odpaść to to plastikowe z końca. Więc mimo, że trzeba na chama to jednak z odrobiną delikatności ;)
- jakiś taki zabawkowy pedał gazu ;) Na zdjęciach z łucznikowym zabytkiem.




***
Nie wiem do jakiej kategorii zaliczyć pokrętło zmiany ściegów. Kręcisz, strzela, kręcisz, strzela... ;) W sumie bardzo upierdliwe nie jest, ale... ;)

Jak odkryję coś nowego to będę dopisywać, możecie co jakiś czas zaglądać ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz